DOG Line

klub, szkolenie psów

OBI Line

serwis obedience /PL

Psim Nosem

wywąchane wokół

Świat na 6 łap

turystyka z psem



Figa

2002 - 10.11.2007



Figa pojawiła się w domu po śmierci Mamy. Tika, przyzwyczajona do Jej niemal ciągłej obecności, bardzo źle znosi Jej odejście. Ja, postawiona w obliczu rozterki, uśpić, czy wziąć drugiego psa, który by jej towarzyszył podczas mojej nieobecności, bezradnie wybieram mniejsze zło... Mam wiele wątpliwości, ale w końcu przekonuję samą siebie, że w końcu u mnie będzie lepiej, niż w schronie, przynajmniej będzie mieszkała w ciepłym, miała zapewnioną pełną miskę i "dobre słowo"...

Znów odwiedzam schronisko. Pan, któremu przedstawiam sytuację nie ma większych skrupułów - "Jak pani wybierze, to pani zawoła"... Więc szukam. Moją uwagę przykuwa mała biszkoptowa sunia, tak rozpaczliwie gryzie kraty, tak wspina się łapkami... Wołam. "Nie, ten to nie" słyszę odpowiedź. Dlaczego? "Bo chory i bez sterylki". To wyleczę przecież a i szczeniaki mi nie potrzebne... Im ja bardziej chciałam, tym facet bardziej był na nie. Ale ja już się "zakochałam"...

Pierwsze dni nie są łatwe. Figa nie podchodzi do człowieka. Nieopatrznie spuszczona ze smyczy podczas spaceru, nie daje się złapać. Owszem, podchodzi, ale tylko na wyciągnięcie ręki, bacznie pilnując tego dystansu. W dodatku psy wzajemnie się atakują. Nie miała baba kłopotu...

Jednak kolejne dni przynoszą przełom i dotychczasowe rywalki stają się nierozłączne. Stopniowo, choć wolniej, Figa coraz bardziej nabiera zaufania do ludzi. Do mnie podchodzi już bez obawy. Żeby jeszcze zrozumiała, że to z domu wychodzi się załatwić swoje potrzeby, a nie odwrotnie, wraca z dworu... Ale i na tym polu wkrótce odnosimy sukces. Są też inne - Figa przestaje traktować podróż pociagiem jak koniec świata, coraz cierpliwiej znosi zabiegi lecznicze i pielęgnacyjne, zaczyna tolerować kaganiec...

Po naszej przeprowadzce do Warszawy, kolejnym szoku w jej życiu, jeszcze przez kilka tygodni Figa jest spokojną, nie narzucającą się sunią. Stopniowo zaczyna z niej wychodzić jednak drugie ja. Ja wesołego, żywiołowego psa, kochającego kontakt i współpracę z człowiekiem, coraz bardziej o to się upominającego. Tak decyduję się na pierwsze szkolenie. Nie zorientowana trafiam na typowe "starometodowe". Nie podoba się nam - ani mnie, ani psu. Ale nie podoba nam się sam kurs, a nie sam fakt szkolenia! Nieco bardziej wiedząc już, czego oczekuję, szukam dalej. Mój wybór pada na jedną ze szkół deklarujących pozytywne metody szkolenia.

Tu wspólnie spędzamy kilka lat, a plac szkoleniowy staje się niemal naszym drugim adresem. Zarażamy się bakcylem sportów kynologicznych, zdobywamy pierwsze doświadczenia i szlify w obedience i agility. Pod wpływem licznych namów trenerki już po miesiącu startujemy w swoich pierwszych zawodach, zdobywając w klasie zerowej obedience ocenę doskonałą! Chłoniemy wiedzę i zdobywamy doświadczenie, uczestniczymy w seminariach. Przychodzi czas na kolejne zawody. Startujemy w nich z różnymi efektami. Choć zdarza się wygrywać i stawać na pudle, coraz częściej wracamy z dyskwalifikacjami. Przychodzi moment refleksji. Coś jest nie tak. Choć technicznie Figę stać naprawdę na bardzo dużo, coś powoduje, że starty nam nie wychodzą. Czy tylko mój brak doświadczenia i narastająca flustracja? Zmotywowana dodatkowo pojawieniem się w moim zyciu pierwszego border collie, suczki Myszki, po dłuższych wahaniach podejmuję decyzję o zmianie klubu. Tym razem, osadzona już w środowisku, wybieram juz bardzo swiadomie. Postanawiam uczyć się od najlepszych. I tak trafiam do agilitowego klubu Fort oraz na lekcje do Agnieszki Boczuli.

Fidze wraca radość z pracy i diametralmnie wzrasta motywacja, mnie - wiara. Już wtedy wiem, ze Figa jest psem mojego zycia, moją psią miłością. Jednak los bywa przewrotny. Nie dane było nam się długo nacieszyć nowym wymiarem współpracy. Pewnego dnia Figa doznaje porażenia przełyku. I choć sytuacja wydaje się opanowana, podczas kolejnej wizyty, z powodu święta w pełniącym dyżur pogotowiu weterynaryjnym, lekarz posatnawia wykonac badanie endoskopowe przełyku i w tym celu podaje środek zwiotczający. To kosztuje mojego psa życie. Odchodzi na moich rękach 1 listopada 2007 roku. Pozostawia po sobie pustkę, wyrwę w sercu i niedowierzanie... I to, czego mnie nauczyła. Szacunek do psa, z którym się pracuje, pokorę wobec własnych umiejętności i pasję, która staje się życiową przygodą...

« wstecz







Aga Żabińska / Warszawa

tel.: +48 533 635 769

e-mail: akiline.akiline@gmail.com

stat4u
© AKI Line
Wszelkie prawa zastrzeżone!

Webdesign: KamilaBuryn.pl